Moje powołanie jest historią łask, pragnień, Bożej Opatrzności i Bożego Miłosierdzia...

 

 

 

Bóg ujął mnie za rękę, ujarzmił, obdarzył Miłością, Życiem i … Powołaniem. To nie ja Go wybrałam , ale On wybrał mnie, bym szła za Nim i owoc Mu przynosiła… Doświadczyłam szczególnie Jego Miłości. Wcześniej szukałam jej w oczach i sercach chłopców…
na próżno jednak… Bóg burzył moje wizje na życie, moje ludzkie miłostki i mój głód serca nakarmił Swoim Sercem, Ciałem i Krwią!

 

Zrozumiałam, że to Jezus Chrystus jest Tym, którego tyle szukałam,
a właściwie to On szukał i odnalazł, – gdy pozwoliłam Mu na to.

 

Jestem w zakonie z powodu Miłości,
dla Miłości i z miłości.

Moje powołanie jest historią łask, pragnień, Bożej Opatrzności i Bożego Miłosierdzia. To szukanie i odnalezienie Miłości w Tym, który pierwszy mnie odnalazł i ukochał. Moje powołanie to czas oczyszczania, wewnętrznych kryzysów, zmagań i walk oraz wewnętrznego szczęścia. To czas bycia
z Jezusem na weselu w Kanie Galilejskiej, na pustyni, gdzie był kuszony, na modlitwie Ogrójcu. To czas poznania i pokochania swego krzyża, z uczuciem słodyczy i lekkości, to czas milczącego stania pod krzyżem.

 

Pierwsze myśli o klasztorze pojawiły się w II klasie LO, po przeczytaniu „Historii Sanktuarium Maryjnego Liczeniu” ks. Eugeniusza Machulskiego. Po przeczytaniu tej książki gorąco zaczęłam się modlić
o powołanie zakonne dla siebie.

 

Pragnęłam oddać całe życie Bogu, żyć tylko z Nim, jednak byłam świadoma, że to wcale nie jest takie łatwe...

 

W moim osobistym przekonaniu sądziłam,
że to ja wybieram  życie
z Bogiem… Zanim  zrozumiałam, że  to Bóg wybiera przeszłam długą drogę.

Oczywiście szybko zapomniałam o całym zdarzeniu z książką, mój entuzjazm przygasł, a swój głód serca próbowałam zaspokoić wszędzie, tylko nie u Boga. Interesowałam się sztuką, malarstwem, ale kariera artysty mnie nie pociągała. Pragnęłam uczyć dzieci, rozwijać ich umiejętności plastyczne i swoją twórczość.

Marzyłam o wielkiej romantycznej miłości, o podróżach, o domku na wzgórzu z gromadką dzieciaków… Uwielbiałam czytać książki, które rozbudzały moją nieujarzmioną wyobraźnię.
Budowałam swój własny świat…

Nadeszła matura i pytanie „co dalej?”. Bóg delikatnie mnie zapraszał do życia zakonnego, ale ja zwlekałam. Postanowiłam, że gdy dostanę się na Wychowanie Plastyczne, nie będę myśleć o klasztorze. Może dopiero po studiach… a może kogoś spotkam…może założę rodzinę…

Czekałam na niesamowite przygody i doczekałam się. Doświadczyłam ludzkiej miłości, lecz nieodwzajemnionej. To spowodowało u mnie wielki kryzys. Moja powierzchowna wiara zaczęła się wyciszać i upadać. Czułam pustkę i brak sensu życia, wpadałam w skrajności, szamotałam się ze sobą i z Bogiem. Zaczął się długotrwały proces.

 

Stwórca zawalił mój domek budowany na piasku ...

 

 Kryzys powodował brak wiary w siebie. Uciekałam od swoich myśli i uczuć… Uciekałam od Pana, oskarżałam Go o wszystko, co się stało. Nie widziałam innych ludzi, ani jak Bóg wyciąga do mnie ramiona i pragnie ofiarować mi SIEBIE, swoją Miłość… Byłam ślepa. Jednak Bóg nie pozwolił mi trwać w takim oddaleniu od Niego.

 

6 czerwca 1997 w Uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa uczestniczyłam w Eucharystii pod Wielką Krokwią, podczas której Jan Paweł II dokonał beatyfikacji s.Bernardyny Jabłońskiej i s.Marii Karłowskiej. Bardzo przeżywałam ten czas, płakałam niemal przez całą Uroczystość, chciałam zmienić swoje życie.

 

Słowa Ojca Świętego i przykład tych dwóch zakonnic zapaliły mnie do oddania swego życia Bogu.

 

 Jednak gdy wróciłam do rzeczywistości, szybko ostygł mój zapał, znów zaczęłam odpychać myśli
o powołaniu, zwlekałam z odpowiedzią.

 

 

Łaska Boża

 nie zna granic
i jest potężniejsza,
 niż nam się zdaje.

 

 

W lipcu 1997 roku powódź staje się dla mnie błogosławieństwem.
Na przełomie lipca i sierpnia następuje wielki przełom w moim sercu.
Pan wlewa mi jasność umysłu.

 


 

 


Bóg zatapia moje złudzenie, że to świat daje szczęście ...

 

 

 Zobaczyłam swoją zależność od Stwórcy, przemijalność świata… Wreszcie przejrzałam i zrozumiałam, że Bóg przez wszystkie wydarzenia w moim życiu chciał mi powiedzieć, że tylko Jego Miłość jest wieczna!

Poczułam się przynaglona, by pójść za Jezusem – Drogą, Prawdą i Życiem oraz Miłością!

 

 To już nie było ciche pukanie do mej duszy, teraz Jego głos był mocny i stanowczy, nie mogłam oprzeć się sile tego wołania.


 

Nie czułam strachu, raczej radość. Wiedziałam, że Chrystus chce mi ofiarować szczęście, które będzie trwało wiecznie, którego nikt tu na ziemi nie jest w stanie mi zapewnić! Pomyślałam sobie: „Teraz albo nigdy!” To nic, że został mi jeszcze rok nauki.
 

Bóg jest ponad wszystko,
ważniejszy od wszystkiego.

 


Wstępuję do Sióstr Szkolnych de Notre Dame. Poddaję się działaniu Ducha Świętego, aby uświęcał mnie w prawdzie. Pragnę tylko jednego: żyć zgodnie z wolą Ojca!

 

Następuje okres wewnętrznego oczyszczenia, ze wszystkiego, co nie było Boże, prawdziwe…

Doświadczyłam cierpienia, choroby – to wszystko sprawiało, że dojrzewałam duchowo – przyjmując swój krzyż, wiedząc, że po nim nastąpi zmartwychwstanie… Trudno jest opisać wewnętrzne walki, w czasie których najważniejsze jest zachowanie wierności Bogu. Jedno mogę napisać:

 

Eucharystia, Słowo Boże, Sakrament Pojednania, kierownictwo duchowe były dla mnie drogowskazem.

 

Nie zapomina się doświadczenia Miłości i Miłosierdzia Pana – one trawią ludzkie serce – tak było i jest w moim przypadku. Świadomie mogę napisać, że wszystko, co od Boga otrzymałam, pochodzi z Jego Miłującej Ręki i za to jestem Mu wdzięczna.

                
                  Siostra rozmiłowana w Miłości
 

(cofnij)(góra)(Strona główna)